Relacja z pierwszego dnia Kolumbijskiej Motofiesty.

Dzień pierwszy Sesquile – Tauramena

Pierwszy nocleg po przylocie odbyliśmy w bardzo urokliwym hotelu w miejscowości Sesquile.

Klimatyczny hotel z dziedzińcem i bardzo ładnymi pokojami idealnie nadaje się na odpoczynek po długiej podróży.

Pierwszy wieczór jak zwykle bywa trudny z powodu zmęczenia i różnicy czasu jednak ekscytacja podróżą w tym egzotycznym kraju pozwoliła nam przeciągnąć położenie się spać tak, by, jak najszybciej przyzwyczaić się do lokalnego czasu.

Rano odebraliśmy nasze motocykle Yamaha XTZ 250. Niewielkie maszyny o dość wysokich zdolnościach terenowych świetnie nadają się na zaplanowaną przez nas trasę.

Rano po smacznym śniadaniu dokonaliśmy odpraw,y gdzie omówiliśmy kilka ważnych aspektów podróży i zasad zachowania się na drodze w taki sposób, by płynnie wdrożyć się w lokalny ruch.

W Kolumbii co do zasady kierowcy nie używają kierunkowskazów ani nie patrzą w lusterk,a za to bardzo często używają klaksonu dlatego jazda po tutejszych ulicach wymaga nieco przyzwyczajenia.

Na szczęście szybko po ruszeniu z hotelu skręcamy w mniej uczęszczane drogi, gdzie ruch jest zdecydowanie mniejszy, a przez to możemy się skupić na przyjemności z jazdy i otaczających nas widokach.

Zdecydowanie jest co oglądać!

Sesquile jest na ponad 2600 m nad poziomem morza. Początkowo trasa pnie się w górę, przekraczając 3300m bo później stopniowo zjeżdżać coraz niżej.
Temperatura rankiem wynosiła teoretycznie tylko 16 stopni jednak klimat jest taki że to wystarczyło by ubrać się na lekko.

Już po 10 km od startu zatrzymał nas patrol policji, co było dla nas początkowo zaskakujące. Okazało się że zatrzymywali wszystkich motocyklistów także tych lokalnych i zwyczajnie uprzedzali, że na czekającej nas drodze jest kilka odcinków robót drogowych, a droga jest kręta trzeba uważać. Po krótkim monologu policjanta z uśmiechami pojechaliśmy dalej.

Pierwsze co rzuca się w oczy na trasie to otaczające nas zewsząd wysokie góry pokryte bujną roślinnością.

Czasami mieliśmy wrażenie, że przejeżdżamy przez istną dżunglę. Drogi asfaltowe są pięknie kręte i równe, dodatkowo wbijające się w górskie zbocza i przynoszące niebywałą radość z jazdy.

Kilka odcinków dzisiejszego dnia było szutrowych, jednak pomimo sporych wybojów nikomu nie sprawiło to trudności, za to dzięki takiemu doborowi trasy jeszcze bardziej wczuliśmy się w klimat regionu.

Po około 100 km zatrzymał nas drugi patrol policji. Tym razem jak się okazało chyba tylko dlatego, żeby z nami pogadać. Po krótkich pytaniach, skąd jesteśmy i dokąd jedziemy uprzedzili nas tylko że droga w tunelach przed nami jest mokra i śliska oraz życzyli udanej podróży po Kolumbii. Po czym zbiliśmy z policjantami „żółwika” i pojechaliśmy dalej.

Po jakimś czasie górskie zbocza stały się jeszcze bardziej strome, a droga zaczęła prowadzić przez wiele tuneli wydrążonych w skale. Po pewnym czasie zatrzymaliśmy się w losowej knajpie na obiad. Mimo że nie zachęcała wyglądem z zewnątrz, jedzenie okazało się bardzo smaczne a gospodarz towarzyski i bardzo miły. Zdradził nam, że wracając się trochę możemy zobaczyć piękny wodospad, o którym wiedzą tylko lokalsi. Co prawda najpierw miałbyć to kilometr potem 8 kilometrów, jednak za szóstym potem w prawo, co okazało się jednak w lewo, ale dzięki pomocy jednego z klientów tej knajpy, który nas odprowadził na miejsce, trafiliśmy bez problemu.

Kolumbijczycy są bardzo przyjaznymi i uczynnymi ludźmi.
Okazało się, żeby dojechać do wodospadu trzeba przejechać przez obóz wojskowy, który został tam postawiony, by mieć baczenie na lokalną elektrownię, która widocznie ma duże znaczenie strategiczne dla regionu. Bez problemu jednak przejechaliśmy dalej by po kolejnym bardzo długim tunelu (tym razem bez asfaltu) i ostatecznie 16 km od miejsca startu naszym oczom ukazał się polecany wodospad. Nie mieliśmy wątpliwości, że warto było. Zrobiliśmy sobie dużo zdjęć z wodospadem, a nawet z wojskowymi, którzy z nami zapozowali.

Czas nam się powoli kończył, ponieważ w trasie byliśmy już 6 godzin, a przejechaliśmy około 120 km. Powrót do wodospadu dodatkowo ją wydłużył, więc na przejechanie kolejnych 100 km do mety musieliśmy się nieco sprężyć. Dalsza droga poszła gładko, jedynie krótkotrwały ciepły deszcz nieco zakłócił idealny odbiór tego dnia. Do hotelu dojechaliśmy około 17:30 nie zwlekając zbyt długo, zostawiając tylko rzeczy w pokojach, udaliśmy się na zasłużony odpoczynek przy basenie słuchając odgłosów lokalnej bujnej fauny. Byliśmy na wysokości około 400 m, a temperatura zbliżona do 25 stopni pomimo ciemnej nocy idealnie do tego się nadawała.

W ten sposób regenerujemy się przed kolejnym dniem pełnym wrażeń.

Dodatkowo wieczorna burza umiliła nam biesiadę festiwalem błyskawic. Dobrze, że nie spotkała nas w ciągu dnia!

Przeczytaj Całą relację z naszej wyprawy.