You are currently viewing Relacja z wycieczki motocyklowej do Kolumbii, luty 2022
wycieczka objazdowa motocyklowa kolumbia

Relacja z wycieczki motocyklowej do Kolumbii, luty 2022

Dzień pierwszy – przywitanie z Ameryką Południową

Mimo tego, że połączenie lotnicze z Warszawy do Bogoty było jedno z najlepszych dostępnych, to i tak po tak długiej podróży dolecieliśmy zmęczeni. Pierwszy nocleg po przylocie mamy w bardzo urokliwym hotelu w miejscowości Sesquile. Klimatyczny hotel z dziedzińcem i bardzo ładnymi pokojami idealnie nadaje się na odpoczynek po 15-godzinnym locie. Pierwszy wieczór jak zwykle jest trudny z powodu 6-godzinnej różnicy czasu, jednak ekscytacja podróżą w tym egzotycznym kraju pozwoliła nam przeciągnąć czas pójścia spać tak, by jak najszybciej dostroić się do miejscowego rytmu dnia.
Rano odebraliśmy motocykle Yamaha XTZ 250. Te lekkie motocykle o dość wysokich zdolnościach terenowych świetnie nadają się na zaplanowaną trasę.
Rano po smacznym śniadaniu, na które zjedliśmy lokalne owoce, jajecznicę i chrupiące croissanty, dokonaliśmy odprawy, gdzie omówiłem kilka ważnych aspektów podróży i zasad zachowania się na drodze, by płynnie wdrożyć się w lokalny ruch.
Kolumbijczycy co do zasady nie używają kierunkowskazów ani nie patrzą lusterka, za to często używają klaksonu, dlatego jazda po tutejszych ulicach wymaga nieco przyzwyczajenia. Na szczęście szybko po ruszeniu z hotelu skręcamy w mniej uczęszczane drogi, gdzie ruch jest zdecydowanie mniejszy, a przez to możemy się skupić na przyjemności z jazdy i otaczających nas widokach. A zdecydowanie jest co oglądać. Sesquile jest na ponad 2600 m nad poziomem morza. Początkowo trasa pnie się w górę, przekraczając 3300 m, by później stopniowo zjeżdżać coraz niżej. Temperatura rankiem wynosiła teoretycznie tylko 16 stopni, jednak klimat jest taki, że to wystarczyło by ubierać się na lekko.
Już po 10 km od startu zatrzymał nas patrol policji, co było dla nas początkowo zaskakujące. Okazało się, że zatrzymywali wszystkich motocyklistów, także tych lokalnych i zwyczajnie uprzedzali, że na czekającej nas drodze jest kilka odcinków robót drogowych, a droga jest kręta i żebyśmy uważali. Po tym krótkim monologu policjanta z uśmiechami na twarzach pojechaliśmy dalej.
Pierwsze co rzuca się w oczy na trasie to otaczające nas zewsząd wysokie góry pokryte bujną roślinnością. Czasami mieliśmy wrażenie, że przyjeżdżamy przez istną dżunglę.  Drogi asfaltowe są pięknie kręte i równe wijące się górskimi zboczami i przynoszące niebywałą radość z jazdy. Kilka odcinków dzisiejszego dnia było szutrowych, jednak pomimo sporych wybojów nikomu nie sprawiła trudności, za to dzięki takiemu doborowi trasy jeszcze bardziej wczuliśmy się w klimat regionu.
Po około 100 km zatrzymał nas drugi patrol policji. Tym razem chyba tylko dlatego, żeby z nami pogadać. Po krótkich pytaniach skąd jesteśmy i dokąd jedziemy, uprzedzili nas tylko, że droga w tunelach przed nami jest mokra i śliska oraz życzyli udanej podróży po Kolumbii. Po czym zbiliśmy z policjantami „żółwika” i pojechaliśmy dalej.

Po jakimś czasie górskie zbocza stały się jeszcze bardziej strome, a droga zaczęła prowadzić przez wiele tuneli wydrążonych w skale. Po pewnym czasie zatrzymaliśmy się w losowej knajpie na obiad. Mimo że nie zachęcała wyglądem z zewnątrz, jedzenie okazało się bardzo smaczne, a gospodarz towarzyski i bardzo miły. Zdradził nam, że wracając się trochę, możemy zobaczyć piękny wodospad, o którym wiedzą tylko lokalesi. Co prawda najpierw mieliśmy się do niego wracać tylko kilometr, potem 8 kilometrów, potem jednak za szóstym tunelem w prawo (co okazało się jednak w lewo) i już po 16 kilometrach byliśmy na miejscu. Dojazd tam byłby dość trudny, ale dzięki pomocy jednego z klientów tej knajpy, który nas odprowadził, na miejsce trafiliśmy bez problemu. Kolumbijczycy to doprawdy przyjaźni i uczynni ludzie, jednak nie wiemy, jakiej tam używają miary czasu i odległości. Przy okazji wyszło na jaw, że aby dojechać do wodospadu trzeba przejechać przez posterunek wojskowy, który został tam postawiony, by mieć baczenie na lokalną elektrownię, widocznie mającą duże znaczenie strategiczne dla regionu. Po krótkich wyjaśnieniach, że chcemy zobaczyć tylko wodospad, a elektrownia jest bezpieczna, przyjechaliśmy dalej, by po kolejnym bardzo długim tunelu, tym razem bez asfaltu, naszym oczom ukazał się polecany wodospad. Nie mieliśmy wątpliwości, że warto było. Zrobiliśmy sobie tam dużo zdjęć z wodną kaskadą, a nawet z wojskowymi, którzy z nami zapozowali.
Czas nam się powoli kończył, ponieważ w trasie byliśmy już 6 godzin, a przyjechaliśmy około 120 km. Powrót do wodospadu dodatkowo ją wydłużył, więc na przejechanie kolejnych 100 km do mety musieliśmy się nieco sprężyć. Dalsza droga poszło gładko. Jedynie krótkotrwały, ciepły deszcz nieco zakłócił idealny odbiór tego dnia. Do hotelu dojechaliśmy około godziny 17:30. Nie zwlekając zbyt długo, zostawiając tylko rzeczy w pokojach, udaliśmy się na zasłużony odpoczynek w basenie, słuchając odgłosów lokalnej bujnej fauny. Byliśmy na wysokości 400 m npm, a temperatura około 25 stopni pomimo ciemnej nocy idealnie do tego się nadawała. W ten sposób regenerujemy się przed kolejnym dniem pełnym wrażeń. Dodatkowo wieczorna burza umiliła nam wieczorną biesiadę festiwalem błyskawic. Dobrze, że nie spotkała nas w ciągu dnia 😉

  • Mężczyzna siedzący na motocyklu pod wodospadem w Kolumbii
  • Uczestnicy wyjazdu motocyklowego do Kolumbii podczas przejazdu przez tunel
  • Mężczyźni pod wodospadem podczas wyjazdu motocyklowego do Kolumbii

Dzień drugi wycieczki motocyklowej w Kolumbii – poznajemy malownicze tereny

Można powiedzieć, że drugi dzień jazdy rozpoczęliśmy fantastycznie. Co prawda wciąż dokucza nam jet lag, więc wstajemy bardzo wcześnie, za to mogliśmy zobaczyć bardzo ładny wschód słońca oświetlający piękną panoramę widoczną z tarasu naszego hotelu. Po wczesnym śniadaniu zabraliśmy ze sobą klapki oraz ręczniki i bez dodatkowego bagażu pojechaliśmy pod kolejny wodospad. Droga do niego była dość krótka, ale wiodła przez malownicze pastwiska. Gdy dojechaliśmy na parking, okazało się, że jeszcze nie ma nawet obsługi, żebyśmy mogli za niego zapłacić. Spotkaliśmy ich dopiero w drodze powrotnej 🙂 Ścieżka z parkingu do wodospadu była piękna. Prowadziła przez dżunglę, najpierw kręto dość stromo w dół doszliśmy do wiszącego mostu bujającego się pod naszymi stopami. Po kolejnych paru minutach, tym razem drogi pod górę, doszliśmy w końcu do celu naszej wyprawy. Wodospad może nie był wysoki, bo miał około 10-12 metrów, za to był bardzo malowniczy, a woda bardzo czysta i rześka. Nie zwlekając, wskoczyliśmy do wody, opływając kaskadę ze wszystkich stron i urządzając konkurs skoków do wody. Orzeźwieni i uśmiechnięci ruszyliśmy w drogę powrotną do hotelu, gdzie zebraliśmy nasze bagaże i ruszyliśmy w drogę. Pierwszą godzinę byliśmy jeszcze na dość niedużej wysokości, a zbliżało się południe, przez co wysoka temperatura była trochę dokuczliwa. Niedługo potem skręciliśmy jednak w góry i powietrze stało się bardziej rześkie, a widoki bardziej spektakularne. Trudno to opisać jednym słowem czy nawet zdaniem, ale w można spróbować tak. Kiedy wydawało Ci się, że widziałeś coś super i to jest to miejsce na postój ze zdjęciami, to za następnym zakrętem widok okazywał się jeszcze lepszy. Jedynym minusem tej drogi było to, że to właściwie jedyna droga prowadząca w tym kierunku, więc było sporo innych uczestników ruchu, w tym dużych ciężarówek. Droga wiodła ciągle w górę, aż znaleźliśmy się na wysokości 2500 m npm, gdzie musieliśmy założyć coś cieplejszego, by jechać dalej. Wysokościomierz zatrzymał się na 3400 m nad poziomem morza, skąd zjechaliśmy nieco niżej nad jezioro Tota, które jest ogromne i jednocześnie jest najwyżej położonym jeziorem w Kolumbii. Jego tafla znajduje się na poziomie 3000 m nad poziomem morza. W przybrzeżnej miejscowości zatrzymaliśmy się w restauracji, która specjalizowała się w różnego rodzaju mięs z grilla. Zamówiliśmy miks mięs, gdzie oprócz standardowej wołowiny czy piersi z kurczaka serwowano także mięso kapibary, które okazało się pyszne. Danie były podane z guacamole, smażonym bananem, ziemniakiem, arepą (co to arepa? — smażony gruby placek z mąki kukurydzianej) i juką kolumbijską (nie, nie rośliną ozdobną – co to juka? — to potoczna nazwa manioku zwyczajnego, rośliny o dobrych właściwościach prozdrowotnych), więc nawet dodatki były mocno nietypowe 🙂 Wszystko jednak było bardzo smaczne. Na koniec uczestnicy zamówili sobie po kawie, a jako że ja kawy nie lubię, wybrałem inny losowy napój z działu bebidas calientes, czyli gorące napoje. Okazało się, że dostałem w miseczce coś przypominającego zupę z trzciny cukrowej, z dodatkiem sera i kolejnej arepy. Smakowało to co najmniej dziwne, choć nie mogę powiedzieć, że było niesmaczne. Jednak na pewno nie będę fanem tego dania 🙂 podczas posiłku rozpętała się burza, także mieliśmy trochę szczęścia, że byliśmy akurat pod dachem. Wyjeżdżając, ubraliśmy się w przeciwdeszczówki tylko po to, żeby po kilku kilometrach przekonać się, że całkowicie przestało padać, a asfalt zrobił się suchy. Ostatecznie ich jednak nie zdejmowaliśmy, ponieważ zaczynało zmierzchać, a na tej wysokości robiło się już chłodno. Na szczęście ostatnie kilkanaście km prowadziło przez teren zurbanizowany, więc nie jechaliśmy w ciemnościach. Wieczór w hotelu spędziliśmy przy piwku omawiając i rezerwując atrakcje na kolejne dni, w tym lot paralotnią oraz rafting. Będzie się działo 😉 

  • Figura Matki Boskiej przy jednym z hoteli podczas wycieczki do Kolumbii
  • Panorama zielonych wzgórz podczas wyprawy do Kolumbii
  • motocykliści odpoczywają na punkcie widokowym na trasie wycieczki po Kolumbii

Dzień trzeci w Ameryce Południowej – jesteśmy w Kolumbii, a widoki jak w Alpach

Poranne słońce zapowiadało piękny dzień. Wczoraj przyjechaliśmy po zmierzchu, więc rano, jeszcze przed śniadaniem wybraliśmy się na zwiedzenie osiedla, w którym mieszkaliśmy. Pueblito Boyasence to zamknięte osiedle zaprojektowane przez kilku architektów, wzorującymi się siedmioma charakterystycznymi stylami architektonicznymi różnych miejscowości w departamencie Boyacá. Tak jak ten opis może nie robi szczególnego wrażenia, tak miejsce jest naprawdę malownicze. Nie lubię zwiedzania miast ani architektury, ale to miejsce zrobiło na mnie wrażenie. Zresztą zobaczycie sami, jak to wygląda na zdjęciach.
Co do zdjęć z samych sobie — niestety utwierdzam się w przekonaniu, że zupełnie nie odwzorowują tego co tu widzimy na miejscu. Nie oddają bujności przyrody, majestatu gór ani klimatu miejsc. Chyba na następny wyjazd zabierzemy profesjonalnego fotografa, żeby przekazać Wam chociaż namiastkę naszych przeżyć, choć nie jestem przekonany, że i taki fachowiec by temu podołał.
Wracając do tematu, po bardzo smacznym i obfitym śniadaniu ruszyliśmy w drogę. Początkowe kilometry ukazały nam widoki zgoła inne niż te, które widzieliśmy do tej pory. Przyznam, że bardzo przypominały klimaty alpejskie lub gdzieniegdzie nawet nasze Bieszczady. Soczysta zieleń na łagodnych pagórkach działa uspokajająco. Później mieliśmy odcinek nieco bardziej zabudowany, gdzie mieściło się kilka kopalni, a co za tym idzie, było mnóstwo ciężarówek. Właściwie był to zdecydowanie najpopularniejszy pojazd na tym odcinku. Jednocześnie zbocza stały się dużo bardziej strome, góry wyższe, a krajobrazy inne. Po jakimś czasie zatrzymaliśmy się na kawę w Socha. Zajęliśmy całą malutką kawiarenkę, ciesząc się słońcem i piękną pogodą, a rachunek za wszystkie kawy wyniósł 6 zł 🙂 Spotkała nas przy tym pewna przygoda, bo nasz kierowca wsparcia zatrzasnął w samochodzie kluczyki. Właściwie, zanim wszyscy uczestnicy się o tym dowiedzieli, sprawa była załatwiona. Kierowca wrócił nie wiadomo skąd z profesjonalnym “włamywaczem” z odpowiednim sprzętem w postaci dmuchanej poduszeczki oraz drucika z pętelką i w ciągu dosłownie minuty otworzył nam auto.
Dalsza trasa prowadziła tylko wyżej i wyżej. Zaczęliśmy ją z poziomu około 2500 m, jednak z drugiej połowie dnia zaczęła się systematycznie wznosić. Mało tego, skończył nam się asfalt. W końcu 🙂 Temperatura nieco spadała, powietrze robiło się rześkie, jednak nie na tyle by trzeba było się ubierać, a akurat na tyle byśmy odpoczęli od nieco zbyt wysokiej temperatury poniżej. Po pochmurnych dwóch pierwszych dniach ze sporadycznym deszczem chyba po prostu rano ubraliśmy się zbyt grubo.
Zaskakujące było to, że pomimo wrażenia przebywania w totalnej dziczy, całe kilometry od jakiejkolwiek cywilizacji, raz na jakiś czas spotykaliśmy na naszej drodze koleją ciężarówkę. To niesamowite po jakich drogach one tutaj jeżdżą.
Na obiad zatrzymaliśmy się w malutkiej miejscowości, do której biali nie dojeżdżają zbyt często. Dla nas atrakcją był klimat tego miejsca, a dla miejscowych dzieci atrakcją byliśmy my. W lokalnej restauracji, w której jedli lokalesi, zamówiliśmy bardzo smaczny dwudaniowy obiad i coca-colę z klasycznej szklanej butelki. Rachunek dla ośmiu osób wyniósł 94 zł. Niektóre ceny na prowincji są naprawdę szokujące.

  • Najwyższy punkt na trasie motocyklowej wycieczki do Kolumbii

Ameryka Południowa – poznajemy Andy porośnięte Espelatio

Po obiedzie ruszyliśmy na ostatni 45 km odcinek, który był jednocześnie najwyższym na całej naszej trasie w Kolumbii. Szutrowa droga wiła się pomiędzy górami coraz wyżej i wyżej. W międzyczasie byliśmy świadkami tego, jak zmienia się roślinność. Przy około 3400 m npm wjechaliśmy w obszar opanowany przez Paramo, czyli specyficzną dla tego regionu i wysokości formację roślinną pełną roślin Espeletia, po hiszpańsku frailejones, czyli „wielcy mnisi”. To taki ciekawy rodzaj roślin składający się z około 80 gatunków endemicznych, czyli występujących tylko na danym, ograniczonym obszarze. Szybka lektura Wikipedii mówi o tym, że te wyglądające jak małe palmy z grubym pniem rośliny rosną około 1 cm rocznie, a niektóre spotkane przez nas egzemplarze miały około 3 metrów wysokości. Co szczególnie ciekawe, Espeletia jest znana z tego, że przyczynia się do zachowania równowagi wodnej na świecie. Jej gąbczasty pień świetnie wychwytuje parę wodną z chmur i przez korzenie uwalnia ją do gleby, co powoduje powstawanie ogromnych podziemnych pokładów wód i jezior wysokogórskich, które dają początek wielu rzekom!
Niedługo potem dojechaliśmy na najwyższy punkt naszej trasy, przełęcz bez nazwy na wysokości 4140 mnpm. Niestety gęste chmury nieco popsuły nam widoki, ale złapaliśmy parę chwil, gdzie widoczność była lepsza. Mimo wszystko do zdjęć pozowaliśmy chyba ze 20 minut. Wdrapaliśmy się na dosłownie dwumetrowe podwyższenie i to wystarczyło, żeby dostać zadyszki 🙂
Ostatnie 20 km droga wiodła już w dół, cały czas szutrem. Zjechaliśmy o ponad 1200 metrów, więc znów oglądaliśmy diametralną zmianę roślinności, powietrze też było zupełnie inne. Do hotelu przyjechaliśmy dość wcześnie, bo już o 16. Pięknie położony na wzgórzu z pięknym widokiem na El Cucuy, z zadbanym ogrodem. Widać, że właściciele wiodą proste wiejskie życie…

Dzień czwarty — kolejny raz spotykamy kolumbijską policję

Powoli przyzwyczajam się do różnicy czasu, tym razem udało mi się spać nawet do 6:30 z tylko jedną pobudką o 4:00 rano. Dzień zaczęliśmy od śniadania z pięknym widokiem na miejscowość El Cucuy. Górzysta, zielona okolica wywołuje stały uśmiech na twarzy wszystkich. Co prawda potem na chwilę znikł, kiedy okazało się, że wadliwy alarm rozładował akumulator w naszym samochodzie serwisowym 🙂 na szczęście hotel był na górce i bez większych problemów udało nam się auto odpalić, a potem w trasie już problemów nie było. Pogoda dopisywała, a wszystkie ciepłe rzeczy zostawiliśmy w torbach pomimo wysokości powyżej 2500 mnpm. Po paru kilometrach trasy zauważyłem chyba już setną kapliczkę z figurą Matki Boskiej, tylko tym razem zdecydowanie większą i umieszczoną na podeście z ławeczkami na punkcie widokowym. Zatrzymaliśmy się dla paru zdjęć, po czym wsiadając na motocykle, znowu mieliśmy spotkanie z kolumbijską policją. Wyskoczyli ze swojego samochodu sprawdzić, czy wszystko w porządku, bo 7 motocykli zaparkowanych przy drodze ich zaniepokoiło. Wzorem poprzednich kontaktów tylko upewnili się, że wszystko w porządku. Powiedzieli, że są tu po to, by pomagać, że jak coś by się stało to dzwonić na numer alarmowy 123. Dodatkowo bardzo dbają o swój wizerunek, bo prócz naprawdę nienagannego wyglądu jeden drugiemu zwrócił nawet uwagę, gdy nie miał założonej czapki. Po raz kolejny jesteśmy lekko w szoku, jak bardzo przyjaźni i pomocni są tutaj policjanci. Dalsza droga prowadziła nas przez miejscowość Guacamayas, mieniącą się setkami kolorów. Każdy budynek, mur, a nawet krawężnik był kolorowo pomalowany, a murali na ścianach były dziesiątki. I to wszystko w miejscowości o długości dosłownie 2 km. Istne miasteczko artystów 🙂
Droga przed nami była świeżo zrobiona, a gładki asfalt i liczne zakręty to jest to, co motocyklista lubi szczególnie. Ogólnie trasa była wyjątkowo kręta, aż w pewnym momencie można było dostać zawrotów głowy.
Na jednym z takich zakrętów trafiliśmy na niewielki strumyk tworzący wodospad, pod którym można było łatwo podjechać motocyklem. Miejsce idealnie nadawało się na pamiątkowe zdjęcia oraz chwilę ochłody, co skrzętnie wykorzystaliśmy. Niektórzy uczestnicy niezwykli do jazdy poza asfaltem mieli niebywałą frajdę, żeby taki kamienisty strumień kilkukrotnie przejechać. Kolejny przystanek zrobiliśmy sobie dosłownie kilka kilometrów dalej, przy niewielkim wale ziemnym, za którym rozpościerała się fantastyczna panorama na okolicę. Zrobiliśmy sobie artystyczne zdjęcia z cyklu “patrzę w dal”. Na szczęście ktoś spojrzał też nieco bliżej i zauważył, że w jednym motocyklu brakuje klocka w tylnym zacisku. Sytuacja o tyle dziwna i niespotykana, że wszystkie trzpienie były na miejscu, więc wygląda na to, że ów klocek pękł i wypadł. Na szczęście mieliśmy ze sobą drugi komplet, także naprawa zajęła nam dosłownie kilka minut. Na tym etapie zauważyłem, że przez te wszystkie przystanki i zdjęcia pierwsze 25% trasy jechaliśmy ponad dwie i pół godziny, więc trzeba było przyspieszyć. Dalsza droga prowadziła przez kanion rzeki Chimamocha. Z wysokości niemal 3000m piękną i niebywale krętą drogą zjechaliśmy na poziom 1300 m npm. Temperatura z idealnej do jazdy motocyklem robiła się coraz wyższa, przy przekroczeniu mostu na rzece, czyli w najniższym punkcie była już bardzo wysoka. Nie mamy termometrów w naszych motocyklach, ale było na tyle ciepło, że nikt nie miał ochoty się zatrzymywać nawet w cieniu. Na szczęście druga strona kanionu to niemal 2000 m i to wystarczyło, żeby było odczuwalnie przyjemniej. Co ciekawe w okolicach tego kanionu zmieniła się także roślinność. Z bujnej zieleni zostały tylko wyschnięte krzaki bez drzew, zupełnie jakby okolica cierpiała na brak wody. Dalsza droga prowadziła górskimi zboczami, przez co to z lewej, to z prawej mieliśmy piękne widoki na panoramę gór z widocznością sięgająca wielu kilometrów. Na obiad zatrzymaliśmy się w restauracji wybranej na podstawie ilości pojazdów na parkingu. I był to bardzo dobry wybór, ponieważ mogliśmy zjeść na tarasie z widokiem na góry, a jedzenie okazało się bardzo smaczne. Po namowie jednego z klientów tej knajpy zamówiliśmy… kozę. Do takiego zamówienia przekonał nas jeden ze współbiesiadników, który zaciekawiony naszym przybyciem i próbami znalezienia menu, polecił zamówione przez siebie danie, które dał nam spróbować. To była ewidentna specjalizacja tego miejsca, sądząc po obrazku kozy wplecionym w nazwę restauracji.

Dodatkowe atrakcje czekające na nas w Kolumbii, czyli planujmy paragliding

Po tym dość obfitym obiedzie jechaliśmy dalej, a krajobraz znów stał się bardziej zielony. Wielokrotnie spotykaliśmy też znaki ostrzegające nas przed niestabilnym terenem, który zwykle oznaczał osunięcie się części drogi. To wspinaliśmy się wyżej, to znów zjeżdżaliśmy, nieustannie pokonując kolejne setki zakrętów. Asfaltu było coraz mniej, aż w końcu jego pojawienie się było całkiem zaskakujące, ponieważ zwykle był to odcinek nieprzekraczający długości 1 km, gdzie zarówno przed nim i za nim był przynajmniej kilkukrotnie dłuższy odcinek szutrowy. Wyglądało to tak, jakby przy pracach zabezpieczających zbocze zdecydowano się położyć także asfalt na drogę, pozostałe odcinki pozostawiając nieruszone. Ostatni odcinek nieco nam się dłużył, bo pomimo spektakularnych widoków i malowniczej drogi kilometry do hotelu nie chciały tak chętnie znikać. Średnia prędkość po krętych szutrach jest zdecydowanie niższa niż na asfalcie. Do San Andres, gdzie mieliśmy hotel, wyjechaliśmy około 17:30. Dzięki uprzejmości właścicieli zaparkowaliśmy motocykle w ich prywatnym w garażu bezpośrednio połączonym z prywatnym domem (konkretnie salonem — kto w Europie by na to pozwolił?) i po kąpieli wyszliśmy na miasto. Niestety wybrana restauracja nie bardzo potrafiła zrealizować nasze zamówienie, a godzina 19:00 była już tą, kiedy zamyka się kuchnie. Na szczęście jeszcze udało nam się coś zjeść, choć był to posiłek wspomagany serem z sąsiadującego sklepu i kolumbijskimi plackami arepa ze straganu tuż obok 🙂 dzień nas trochę wymęczył, a na jutro mamy zaplanowany lot paralotnią, więc dość szybko poszliśmy spać, regenerując siły przed kolejnym dniem pełnym wrażeń. 

Dzień piąty – przelatujemy paralotnią nad kanionem rzeki Chicamocha

Pomimo coraz lepszego snu (nawet śpiewy z karaoke w barze po drugiej stronie ulicy nam nie przeszkadzały 😉 ) dzień rozpoczęliśmy wcześnie. Na siódmą mieliśmy umówione śniadanie, a zaraz potem ruszyliśmy w drogę. Główną atrakcją dzisiejszego dnia był lot paralotnią, który trzeba było odbyć dość wcześnie. Ostatnie starty odbywały się tuż po godzinie 11:00, ponieważ później powietrzne prądy wznoszące były zbyt silne, by takie loty mogły odbywać się bezpiecznie. Mieliśmy 100 km do przejechania i 3 godziny — jak się okazało, ledwo wystarczyło.
Na całej trasie była właściwie tylko jedna miejscowość, 12 km po starcie. Pozostała część była totalnie dzika, w większości szutrowa, wytyczona górskimi, stromymi zboczami. To w towarzystwie bujnej roślinności nadało tej trasie niesamowity charakter. Teoretycznie codziennie jeździmy po górach, jednak krajobrazy się zmieniają i każdy dzień przynosi inne wrażenia, a trasa ma inny charakter. Trudno było się skupić na tej dość wymagającej drodze, mając wokół siebie takie widoki, a niestety nie mogliśmy sobie pozwolić na zbyt wiele przystanków, więc dokumentacja zdjęciowa jest bardziej uboga niż zwykle.
Już zbliżając się do miejsca docelowego, wiedzieliśmy, że widoki z góry będą fantastyczne. Kanion rzeki Chicamocha (nazwa podobna, ale to inna rzeka niż wczoraj) jest przepastny i rozwidla się w wielu miejscach. Dodatkowo ziemia w okolicy miała inny kolor, często dość intensywnie czerwony.
Procedury przed wylotem nie były skomplikowane, zdecydowanie więcej czasu trwało wypełnienie formularzy niż przygotowanie do lotu. Leciałem jako czwarty z naszej grupy i musiałem nieco poczekać już w uprzęży, ponieważ kilka innych osób w niewielkich odstępach czasu podchodziło do lądowania. Muszę przyznać, że im dłużej stałem, czekając na start, tym bardziej trzęsły mi się nogi 🙂 Podczas samego rozbiegu i w pierwszych chwilach lotu poczułem dość wybuchową mieszankę strachu, ekscytacji, wyrzutu endorfin i wariującego błędnika. Po kilku minutach znaleźliśmy odpowiedni prąd znoszący i wznieśliśmy się na wysokość docelową, gdzie widoki były po prostu obłędne. Miałem ze sobą kamerę, jednak przyznam, że nie miałem odwagi używać jej zbyt często. Mimo wszystko na pytanie mojego opiekuna „czy chcesz trochę adrenaliny?” Zupełnie jakby dotychczasowy lotu był obiadem u babci, odpowiedziałem z przekonaniem “no pewnie ;)”. Huśtawki i korkociągi, które nastąpiły potem, skutecznie pozbawiły mój błędnik orientacji, a żołądek skurczył się w żelaznym uścisku. Wrażenia były jednak niepowtarzalne. Po około 20 minutach lotu przekonałem się na własnej skórze, że to nie były żarty ze wzmagającym się z wiatrem i prądami wznoszącymi, ponieważ podchodziliśmy do lądowania 4 razy, by udało się je przeprowadzić we właściwy sposób. Przy trzech pierwszych próbach wiatr wypychał nas zbyt wysoko. Gdy już podziękowałem za lot i usiadłem na krzesełku, musiałem tam spędzić dobre 15 minut, zanim doszedłem do siebie. Podsumowując, bardzo się cieszę, że spróbowałem, było fantastycznie, ale chyba nie będę próbował tego znowu. Przynajmniej nie najbliższym czasie 🙂
Dalsza droga do hotelu wiodła kolejnymi kanionami, ale już piękną krętą asfaltową drogą, która niestety była już bardziej zatłoczona niż do tej pory. Ostatecznie w hotelu byliśmy dość wcześnie, bo już po 15:00. Dzięki temu mieliśmy trochę czasu na opalanie i odpoczynek w basenie.
Pod wieczór wybraliśmy się do miasta, gdzie zupełnie przypadkowo na rynku spotkaliśmy Polkę, która jest w Kolumbii już od trzech tygodni. Podróżuje właściwie wyłącznie komunikacją publiczną i ma zamiar spędzić w Kolumbii jeszcze kolejne trzy lub cztery miesiące. Samotnie. Co prawda poznała jakieś koleżanki z Francji, które towarzyszą jej od tygodnia, ale już jutro każda ma się rozjechać w swoją stronę. Naprawdę podziwiam pasję do podróżowania i odwagę takich ludzi, by zdecydować się na coś takiego.
Tym razem na kolację wybraliśmy się do polecanej przez wszystkich amerykańskich knajpy, w której zjadłem jedną z najlepszych kanapek z szarpaną wieprzowiną w życiu. Serdecznie polecam Gringo Mike’s w San Gil 😉
Jutro mamy dzień wolny od motocykli, bo wybieramy się na rafting rzeką Suarez. Ta rzeka jest uważana za jedną z najlepszych do uprawiania tego sportu na świecie. Po 5 intensywnych dniach jazdy taka przerwa wszystkim się przyda, a emocji też na pewno nie będzie brakowało. 

Dzień szósty – testujemy rafting w Kolumbii

Po pierwszych dość intensywnych dniach pełnych wrażeń, ze wszystkich zaczęło powoli wychodzić zmęczenie, dlatego taki dzień przerwy jest bardzo wskazany. Wczoraj oddaliśmy nasze ubrania „cywilne” do prania, jednak pomyślałem, że warto też wypłukać z kurzu ciuchy motocyklowe. Niestety to nie było takie proste, ponieważ dostępny szlauf wylewał wodę bokiem, w pokoju nie mieliśmy wanny, więc ewentualnie pozostał nam prysznic na dworze, który nie do końca spełniał pokładane w nim oczekiwania. Na szczęście przypomniałem sobie, jak nasz kierowca wsparcia powiedział mi o możliwości zejścia nad pobliską rzekę, dosłownie 100 m od hotelu. Jeszcze przed śniadaniem wybrałem się na spacer, żeby to miejsce odnaleźć. Okazało się to wcale nie takie łatwe zadanie. Nie wiedziałem, gdzie to dokładnie jest, a wejście okazało się dość zakamuflowane. Trzeba było przejść przez prywatne podwórko, gdzie było mnóstwo gratów i śmieci, a jeden mieszkańców tego przybytku robił sobie akurat pranie w takim betonowym zbiorniku. Grzecznie zapytałem, czy mogę zejść tędy do rzeki i okazało się, że oczywiście, że tak, o tam trzeba iść w lewo. Miejsce okazało się fantastyczne, woda nie była głęboka, a między kamieniami nurt był wartki więc wypłukanie ciuchów w rzece poszło szybko i gładko. Przy okazji można było sobie pomoczyć nogi. Niestety zejście i wejście przypłaciłem obydwoma klapkami, które nie wytrzymały trudów tego spaceru. Widocznie japonki z supermarketu za 10 zł nie są wieczne, a ich okres użyteczności kiedyś się kończy.
Przemiłe panie z recepcji hotelowej wskazały miejsce, gdzie możemy bezpiecznie rozwiesić ciuchy na powietrzu, żeby wyschły. Sami po śniadaniu, przygotowani na przygodę ruszyliśmy na rafting.
Umówiliśmy się tak, że bus zabierze nas z serwisu motocyklowego, gdzie oddaliśmy nasze motocykle. Miały zostać umyte, łańcuchy nasmarowane i przejrzane, czy wszystko jest w porządku. Wracając z raftingu mamy odebrać je z serwisu i pojechać do hotelu.
Co do samego spływu mogę powiedzieć krótko — to była petarda. Wody było dużo, nurt był mocny. Nasza grupa była 7-osobowa, więc dostaliśmy większy ponton niż standardowy. Odprawa trwała z pół godziny, piloci rzeczowo opowiadali o tym jak się zachowywać w poszczególnych sytuacjach i widać było, że wiedzą, o czym mówią. Niestety nie udało mi się zamocować mojej kamery tak, by nie kolidowała z kamizelką ratunkową, więc polegaliśmy na materiałach nagranych przez naszego pilota, które niestety okazały się niezbyt dobrej jakości.
Początek spływu był raczej spokojny, choć i to wystarczyło, żeby kilkukrotnie zalać nas wodą. To co się działo potem, to była dopiero zabawa. W oznaczeniach raftingowych płynęliśmy miejscami oznaczonymi „4+” lub nawet przy tym stanie wody „5” w pięciostopniowej skali. Na jednym z początkowych odcinków mieliśmy lekką przygodę, gdzie fala natarła na nas z boku, przychylając ponton tak bardzo, że tylko jedna osoba z naszej siódemki i pilot ostali się wewnątrz. Jednak odpowiednio wyszkoleni wróciliśmy migiem na swoje miejsca. Wszystko się nagrało na kamerze naszego pilota i to był najciekawszy film z tej kolekcji. Więcej aż takich przygód nie mieliśmy, za to zdarzyło nam się wyciągać z wody uczestników, którzy powypadali z innych pontonów. Było dużo emocji, a zabawa była naprawdę przednia. Po zakończeniu zaserwowali nam smaczny lunch, bo nie wiadomo kiedy zrobiła się już godzina 15. Jeśli ktoś będzie w okolicy, to polecam Colombia Rafting Expediciones, robią robotę.
Wieczorem znów spotkaliśmy się na pięknym hotelowym tarasie na nocnych rozmowach, opowiadając sobie o wrażeniach z dotychczasowych dni. 

Dzień siódmy – nieco zmieniamy plany, dowiadujemy się co to jest Guarapo

Z uwagi na to, że Casa Terracota, czyli taki ciekawy dom zbudowany z gliny i innych naturalnych materiałów, był zamknięty tego dnia, zmieniliśmy nieco nasze pierwotne plany. Ruszyliśmy rano piękną drogą do Barrichara — bardzo ładnego i zadbanego miasteczka kolonialnego zbudowanym na krawędzi klifu. Samo miasteczko było zwyczajnie ładne i nie zrobiło na mnie oszałamiającego wrażenia, ale tak naprawdę nie po to tu przyjechaliśmy. Na klifie na obrzeżach miasteczka jest fenomenalny punkt widokowy, gdzie można usiąść na samej krawędzi skały z nogami dyndającymi nad przepaścią. To było piękne miejsce i bardzo fotogeniczne. Nie wiem, czy w jakimś innym miejscu robiliśmy więcej zdjęć, a każde z nich wygląda świetnie. Żeby nie wracać ta samą drogą, pojechaliśmy dalej szutrami, które prowadziły w głąb kanionu rzeki Suarez. Im zjeżdżaliśmy niżej, tym temperatura jeszcze rosła. Na szczęście, kiedy droga zbliżyła się do rzeki, powietrze stało się nieco bardziej przyjazne. Droga wiła się po zboczach co chwila, odsłaniając inne odcinki spienionej rzeki, po której wczoraj spływaliśmy pontonami. Z góry było widać siłę natury, więc tym większą mieliśmy satysfakcję ze spływu. Po drodze zatrzymaliśmy się w lokalnym barze, który był jednocześnie domem mieszkalnym. Po pytaniu o łazienkę, młoda dziewczyna zza lady wskazała nam ich prywatną. Cały budynek był w bardzo złym stanie, aż trudno to opisać. Ze ścian i sufitów odpadał tynk, a umywalka była przez ścianę z toaletą. To, co spłynęło z umywalki, napełniało rezerwuar, inaczej nie można było spuścić wody w toalecie. My nie zrażając się warunkami sanitarnymi, zamówiliśmy lokalny specjał lubiany przez tubylców. Nazywa się guarapo i podano go nam w misce 🙂 składa się z dzbanka napoju z trzciny cukrowej, w naszej zmodyfikowanej wersji wymieszanym z piwem i lokalnym napojem podobnym do fanty. Z miski sobie polewaliśmy sobie do plastikowych kubeczków. Smakowało to dziwnie, słodko i orzeźwiająco jednocześnie. Odpoczęliśmy trochę od upału i zebraliśmy się w dalszą drogę. Niestety ten odcinek był droga krajową, która, choć bardzo ładna, to było nieco zatłoczona. Mieliśmy sporo aut i ciężarówek do wyprzedzenia. No i niestety, niedługo przed zjazdem w górską, mniej uczęszczaną drogę zatrzymała nas policja. Niestety tym razem nie było tak super miło, bo była to typowa drogówka, która wypatrzyła jak wyprzedzając kopcącą ciężarówkę ledwo jadącą pod górę, przekroczyliśmy linię podwójną ciągłą. Trochę sobie porozmawialiśmy na różne tematy, aż w końcu udało nam się nieco obniżyć kwotę mandatu do równowartości 400 polskich złotych. Wkrótce potem zjechaliśmy z krajówki i zaczęliśmy się wspinać aż do poziomu niemal 3000 metrów npm. Z upału wjechaliśmy w chmury, a temperatura spadła do 14 stopni. Na szczęście szybko przejechaliśmy na drugą stronę przełęczy, zaczęło się rozwidniać i znów było coraz cieplej. Krajobraz diametralnie się zmienił. Wcześniej całkiem zielono, choć większość terenu pokrywały pastwiska z niezbyt licznymi drzewami. Za to tam, gdzie pojawialiśmy się teraz, zieleń niemal wybuchła nam w twarze. Droga była asfaltowa, ale trzeba było uważać. Miejscami były spore wyrwy lub naniesione błoto z okolicznych dróg gruntowych. Sceneria była tak piękna, że nie było to proste zadanie. Niestety brakowało jakiegoś jednego miejsca, gdzie można było sobie zrobić ładne zdjęcia, zwłaszcza że wszystkie akurat wypadały pod słońce. Uznaliśmy, że jutro kontynuując jazdę w tym kierunku rano, będziemy mieli lepsze warunki oświetleniowe, więc znajdziemy jeszcze odpowiednie miejsce. Hotel okazał się nietypowy, bo na jego terenie jest ogromny basen, a cała infrastruktura wyglądała, jakby można było tam nawet przeprowadzić jakieś zawody. Jak zwykle woda bardzo umiliła nam wieczorny odpoczynek po trasie, a wieczór jak zwykle zakończyliśmy długimi rozmowami przy piwku 🙂

Dzień ósmy – przecinamy tropikalne szlaki

Wczoraj wieczorem znaleźliśmy pękniecie bagażnika w jednym z motocykli, więc nasz lokalny opiekun na szybko załatwił spawacza. Na dobrą sprawę poszło na tyle sprawnie, że nie zdążyliśmy zjeść śniadania zamówionego na siódmą, a był już z powrotem. Taki człowiek to skarb. Zebraliśmy się dość wcześnie, bo dziś czekał nas najdłuższy dzień naszego wyjazdu. Trasa tropikalna kręciła się po górskich zboczach, a my co zakręt oglądaliśmy coraz to lepsze widoki. Przy drodze pojawiły się też miejscami mini wodospady, spływające po składach gdzieś pod drogę. Przy jednym z nich porobiliśmy sobie zdjęcia. Niebo było nieco zachmurzone, więc co prawda nieco widoków nam to zabrało, ale za to temperatura była idealna do jazdy motocyklem.
Niedługo potem trafiliśmy na roboty drogowe, które nas zatrzymały. Patrząc na pracujące koparki i rozkopaną drogę miałem wrażenie, że będziemy tam stać kilka godzin, a alternatywnej drogi nie było. Przynajmniej nie takiej, gdzie nie musielibyśmy nadrabiać kilkudziesięciu kilometrów. Na szczęście chłopaki w koparkach uwinęli się w 20 minut, rzucając jakieś płyty przez wykopaną dziurę i zasypując obie strony piaskiem. Pozwoliło to odblokować tymczasowo drogę. Za Otanche asfalt nam się skończył. Trasa wiodła znów przez dżunglę kolumbijską. Jest jeszcze dużo rzeczy na świecie, których nie widziałem, ale wydaje mi się, że zielone góry porośnięte dżunglą i drogi szutrowe wijące się po zboczach to jedna z najpiękniejszych rzeczy, jakie istnieją dla podróżnika motocyklisty. Klimat trasy był niesamowity. Wielokrotnie przejeżdżaliśmy przez strumyki przecinające drogę, wspinaliśmy się wyżej i wyżej aż wjechaliśmy w mgłę, by niedługo potem zjechać w dół, ponownie ciesząc się słońcem. Trasa jest totalnie fantastyczna. Chciałbym coś więcej o niej powiedzieć, używać jakichś kwiecistych opisów, ale przyznam, że nie potrafię. Moim zdaniem to jedno z ładniejszych miejsc, jakie widziałem.
Pod koniec tego odcinka trasa wiodła nas w dół, więc robiło się coraz cieplej. Nie mamy termometrów w motocyklach, ale jestem pewien, że było 30 plus.
Niestety w drugiej połowie dnia musieliśmy się przenieść na drogę krajową, żeby przedostać się w stronę Guatape. Ta część nie była już tak przyjemna. Choć nie można powiedzieć, że okolica nie była ładna, tak niestety wzmożony ruch zwłaszcza ciężarówek mocno popsuł pozytywne odczucia z tego fragmentu. Po drodze zrobiliśmy sobie przystanek w Hacienda Nápoles. Już od dawna na terenie tej posiadłości Escobara jest zoo i park wodny, ale do niedawna była jeszcze brama z samolotem, którym ponoć przerzucano narkotyki na stronę USA. Jakieś dwa lata temu najpierw zdemontowano samolot, a potem całą bramę. Teraz z tego wszystkiego został różowy hipopotam. Jest tu też restauracja w stylu afrykańskim, średnio pasującym do czegokolwiek. Zjedliśmy tam obiad, część grupy z ciekawości zdecydowała się na koninę, choć jak przyszło co do czego, to nie skradła serc wszystkim jedzącym. Dalsza część trasy to kolejna część zatłoczonej drogi krajowej, z której skręciliśmy w bok do Guatape, gdzie droga zaskoczyła nas tym, że była zatłoczona nawet jeszcze bardziej. Na szczęście wówczas kilometrów nie zostało już dużo i tuż po zachodzie słońca dojechaliśmy na miejsce.

Dzień dziewiąty – wspinamy się na wyjątkowy monolit La Piedra

Dzisiaj poranek był bardziej leniwy niż zwykle, bo na śniadanie zebraliśmy się dopiero o 8:00. Wczoraj dojeżdżając do hotelu po zmierzchu, można było się domyśleć, jak piękna jest to okolica, jednak zobaczyliśmy to w pełnej okazałości dopiero rano. Z niektórych pokojów i z tarasu, gdzie zjedliśmy śniadanie, rozpościerała się piękna panorama na zalew i kamień, nazywany potocznie po prostu La Piedra lub w pełnej wersji El Peñón de Guatape. Jedzenie w takich okolicznościach przyrody to niezwykła przyjemność. Po śniadaniu zamówiliśmy sobie tuk tuki i pojechaliśmy wejść na sam szczyt tego słynnego monolitu skalnego. Nie wiem, czy kierowcy się umówili, by uatrakcyjnić nam przejazd czy robią tak normalnie z pośpiechu, ale cała droga wyglądała na rywalizację, kto pierwszy dojedzie na miejsce. A każdy, kto miał okazję jeździć tuk tukiem, wie o tym, że nie jest to zbyt stabilny pojazd. Po dojechaniu na miejsce kupiliśmy sobie bilety i zaczęliśmy wspinaczkę. Czekało nas 659 schodów do pokonania. Nie spieszyło nam się jakoś szczególnie, więc zrobiliśmy sobie po drodze przystanki. Wejście na szczyt zajęło nam około 15 minut. Kamień góruje nad sztucznym zalewem, który stworzył setki wysepek dookoła, więc to, co zobaczyliśmy z góry… Trudno to opisać. Żadne zdjęcia ani film tego widoku nie oddaje, a jeśli chodzi o mnie prywatnie, to szczęka opada. To coś przepięknego. Spędziliśmy na górze dobre pół godziny, próbując zarejestrować to, co widzimy w możliwie najlepszy sposób. Nie mogliśmy jednak tam siedzieć w nieskończoność, bo do 12:00 musieliśmy zwolnić pokoje hotelowe. Trasa do przejechania dzisiaj była krótka, co pozwoliło nam przejechać ten dzień w leniwym tempie. Po początkowym dość zatłoczonym odcinku wydostaliśmy się z terenu zurbanizowanego i drogą szutrową pojechaliśmy w kierunku Sonson. Okolica miała charakter typowo rolniczy, pejzaże przypominały polską wieś z zielonymi pastwiskami i pasącym się bydłem. Tylko drzewa były nieco inne, a mapa wskazywała wysokość 2500 m nad poziomem morza. Po około 20 km drugi szutrowej wyjechaliśmy na asfalt, a niedługo potem zatrzymaliśmy się na lunch w przydrożnej restauracji. Specjalizowała się w serach różnego typu, które robiła we własnym zakresie. Zamówione sałatki z mozzarellą lub serem burrata były naprawdę smaczne. Część grupy łącznie ze mną zamówiła pizzę, o której można było powiedzieć, że ser też miała smaczny 😉 Dalsza droga wiła się tysiącem zakrętów między zielonymi zboczami i pięknym nowym asfaltem. Kilka razy już mówiłem o tych drogach w podobny sposób, jednak za każdym razem nie jestem w stanie wymyślić nowego określenia. Mieliśmy wobec niej i kilku innych takie przemyślenia — tutaj w Kolumbii dana droga jest po prostu drogą z punktu A do B wytyczona w możliwie optymalny sposób, natomiast w Polsce czy nawet w Europie byłaby w czołówce rankingów najpiękniejszych tras motocyklowych, nazywała się drogą 1000 zakrętów, autostradą aniołów czy w inny górnolotny sposób. A motocykliści z wielu krajów przyjeżdżaliby ją przejechać jak rumuńską transfogaraską albo transalpinę. Miasteczko Sonson tętniło życiem i drobnym handlem. W każdych drzwiach i witrynie przy ulicy coś się działo. Dotychczas to wcale nie było tak widoczne. Hotel, w którym śpimy, miał niepowtarzalny charakter, bo był jednocześnie muzeum. Dużo by można o nim pisać, jednak lepiej jest go zobaczyć na zdjęciach, do czego zachęcam. Krótki spacer po mieście i długie rozmowy na tarasie z widokiem na główny rynek zakończyły ten piękny dzień. 

Dzień dziesiąty –rekomendacje Tripadvisora bywają zwodnicze

Dzień przywitał nas opadami deszczu, mgłą i nisko przepływającymi chmurami. Prognozy też nie były za ciekawe, ponieważ od 12:00 miały zacząć się lokalne burze. Dzisiaj zaplanowany był najkrótszy odcinek dzienny na naszej trasie, dlatego ubrani w przeciwdeszczówki i mimo wszystko z dobrymi nastrojami ruszyliśmy w drogę. Asfalt skończył się tuż po przekroczeniu granicy miasteczka. Droga była śliska i wyboista, dlatego prędkość przejazdu nie przekraczała 20 km/h. To była piękna, mało uczęszczana droga i wielka szkoda, że sporą część swojego uroku skrywała za mgłą. Na szczęście z czasem pogoda się poprawiała, zamiast psuć, deszcz niemal przestał padać, a widoczność stawała się coraz lepsza. Gdy najpierw zjeżdżaliśmy w dół po kamieniach, wydawało nam się, że jest ślisko, jednak dopiero gdy przekroczyliśmy most i zaczęliśmy się wspinać, okazało się, że to był pikuś. Droga była niedawno naprawiana i pokryta cienką, równą warstwą gliny, która utworzyła śliską maź. Przez następne kilometry mieliśmy nieco zabawy 🙂 nikt się jednak nawet nie przewrócił, a uczestnicy mieli prawdziwy ubaw.  Mniej więcej w połowie drogi dojechaliśmy do miasteczka, gdzie zatrzymaliśmy się w kawiarni na ciastku. Podobnie jak w Sonson na rynku było kilka tych charakterystycznych, kolorowych ciężarówek, nazywanych tu Chiva. Znów zrobiliśmy sobie kilka zdjęć i tym razem udało nam się porozmawiać z kierowcą. Powiedział, że jeśli jest potrzeba, to na pokład potrafi zabrać nawet 80 ludzi. Te pojazdy nie mają lekko. Dalsza trasa prowadziła już po asfalcie, chociaż w bardzo podobnych okolicznościach przyrody. Mijaliśmy plantacje kawy i trzciny cukrowej. Zatrzymaliśmy się do zdjęcia na tle ładnego kanionu, a dopiero po chwili zobaczyliśmy, że obok jest dziwnie pachnący budynek. Okazało się, że jest to swoista fabryka paneli, czyli takiej słodkiej masy wyrabianej z trzciny cukrowej. Właściciele przybytku pokazali nas proces produkcji, który nie jest zbyt skomplikowany, a potem na odchodne dostaliśmy dwie porcje jako prezent. Zrobiła się nam bardzo miło. Hotel na tę noc był architektonicznie bardzo podobny do tego wczorajszego, jednak w wydaniu bardziej ekskluzywnym. Pokoje dużo nowocześniejsze, w holu nie było żadnych eksponatów. Nie wiemy, który podobał nam się bardziej. Wieczorkiem wyszliśmy na kolację. Musieliśmy trochę pospacerować, bo w pierwszej wybranej opcji nie było miejsc, a restauracja okazała się jadalnią w prywatnym domu. I to była najlepiej oceniana opcja na TripAdvisorze. Następna knajpa miała w menu właściwie tylko hamburgery, a za trzecim razem trafiliśmy do miejsca, gdzie najpierw nam powiedziano, że mają imprezę zorganizowaną i już nie zdążą nas obsłużyć. Na szczęście wyszedł jeszcze kucharz i jednak stwierdził, że zdążą. Na kuchni odbywały się jakieś praktyki czy szkolenia dla uczniów pobliskiej szkoły, więc przy okazji dostaliśmy zrobione przez nich przystawki. Były bardzo smaczne. Na plastrze smażonego banana (zupełnie innego niż w Polsce) była cząstka kaczki z sosem i miętą. Potem dostaliśmy nasze zamówione dania, a na koniec właściciel jeszcze namówił nas na deser — Natilla. Jak zwykle nie bardzo wiedzieliśmy przy zamówieniu, co to jest, a okazało się to czymś w rodzaju karmelowego budyniu, podobnie jak wszystko inne bardzo smacznym. Dopiero teraz okrągli z przejedzenia wróciliśmy do hotelu, by tradycyjnie rozmawiać o sprawach bardziej i mniej ważnych.  

Dzień jedenasty – podziwiamy widoki w Kolumbii wzdłuż trasy tysiąca i jednego zakrętu

Na dziś trasa miała zaplanowana dwa warianty. Jeden w dużej mierze szutrowy, a drugi nieco dłuższy w całości asfaltowy. Choć przeczuwałem, jakie będzie zdanie uczestników wycieczki, to przy śniadaniu ich o to zapytałem. Nie pomyliłem się, jednomyślnie wybrano szutry. Pogodę mieliśmy idealną – było słonecznie, po niebie tylko leniwie przesuwały się niewielkie obłoki. Po wczorajszych deszczach grunt był nasiąknięty wodą, więc się nie kurzyło. Śniadanie w hotelowej restauracji nas nie zaskoczyło. Niestety, po raz jedenasty jedliśmy jajecznicę z pomidorem i cebulą, do której była do wyboru arepa (wspominany wcześniej placek z kukurydzy) lub słodki chleb. Kolejny wybór to kawa lub kakao do picia i na tym właściwie koniec. Kolumbijczycy nie mają niestety w ogóle fantazji jeśli chodzi o menu śniadaniowe. Jak już ruszyliśmy w drogę, to napotkaliśmy drobny problem — stacja benzynowa, która na Google istniała, w rzeczywistości jednak nie istniała. Po spytaniu miejscowych o stację paliw trochę musieliśmy się pokręcić, ale znaleźliśmy ją. Właściwie to od razu dwie, bezpośrednio obok siebie. Pierwsza część trasy wiła się na wysokościach około 3000 mnpm, swoistą granią, skąd mieliśmy oszałamiające widoki zarówno po lewej jak i po prawej stronie drogi. Prócz zielonych stoków porośniętych bujną roślinnością mijaliśmy miejsca, gdzie chmury były tuż pod nami, co sprawiało kosmiczne wrażenie. Czasami też wjeżdżaliśmy w sam ich środek, a wtedy widoczność malała do odległości rzędu 15 metrów i już nie było tak fajnie. Byliśmy też świadkami lokalnego transportu na koniach i mułach. Po drodze było także wiele pastwisk, które z daleka sprawiały wrażenie tarasowanych (jak w Chinach, tylko każdy z nich miał po pół metra szerokości). Jednak po przyjrzeniu się dokładniej wyszło na to, że to wydeptane ścieżki przez pasące się krowy. Naprawdę jestem pod wrażeniem, jak one sobie radzą z takimi stromiznami. Trafiliśmy też na kilka niewielkich wodospadów, z których woda przelewała się przez drogę i leciała dalej w dół zbocza. Przy najładniejszym zrobiliśmy sobie kilka zdjęć, lecz przy większości nawet się nie zatrzymywaliśmy — tak częste to zjawisko. Gdy z gęstwiny wyjechaliśmy na bardziej otwarty teren, naszym oczom ukazały się też palmy woskowe — niesamowita odmiana tych roślin, która dorasta nawet to 60 metrów wysokości! Tuż za połową trasy zatrzymaliśmy się na lunch w miasteczku, które okazało się tak zatłoczone i głośne, że odczułem prawdziwy dysonans w porównaniu ze spokojną zielenią na odludziu, gdzie przebywaliśmy do tej pory. Nie spędziliśmy jednak tam dużo czasu — każdy zjadł po empanada (ewentualnie trzech empanadas) i pojechaliśmy dalej. Trasa wiodła już asfaltem, choć miejscami zniszczonym. Widać było dużo błota i kamieni naniesionych przez spływającą wodę po ostatnich deszczach. Potem jednak wyjechaliśmy na nieco główniejszą drogę, ta stała się bardziej otwarta i szersza. Zakręty można było brać dużo pewniej, co po kamienistym szutrze było pewną odmianą, która też przyniosła nam mnóstwo przyjemności. Z tych początkowych 3000 m npm zjechaliśmy na poziom 400 m npm, więc temperatura znacząco wzrosła. Dobrze, że nasz kierowca wsparcia nie odstawał, więc mogliśmy się łatwo pozbyć nadmiaru rzeczy i zostawić je w aucie. Po kolejnym tysiącu zakrętów dojechaliśmy do hotelu, który jak się okazało, sąsiaduje z restauracją należąca do tego samego właściciela oraz zarybionymi stawami, będącymi składnikami wielu serwowanych tam potraw. Co ciekawe, były tam nawet flamingi, jednak ich w menu restauracji nie było 😉 W hotelu niestety po około godzinie naszego pobytu nastąpiła awaria internetu, więc z pracy przy mailach nici. Trzeba było znowu siedzieć na tarasie i rozmawiać przy szklance rumu… 

 

Dzień dwunasty – smakujemy jedzenie w Kolumbii to tradycyjne i nie tylko

Dzień zaczęliśmy od ustrzelenia aparatami spacerujących flamingów. Na śniadanie pierwszy raz mieliśmy nieco szerszy wybór — ja wziąłem rosół na kościach z kawałkiem mięsa, a trzech kolejnych uczestników jakiś miejscowy specjał śniadaniowy, który okazał się kawałkami mięsa wieprzowego z puree z ciecierzycy, a to wszystko ugotowane w liściach bananowca. Pozostali wybrali tradycyjną jajecznicę. Ja z mojego wyboru byłem zadowolony, reszta różnie. Jednak jesteśmy mimo wszystko zdania, że lokalnych smaków trzeba próbować.
Początek trasy mieliśmy całkiem luźny, bo droga krajowa miała niewiele zakrętów, a ruch w niedzielę był niewielki. Po 20 km w miejscowości o japońsko brzmiącej nazwie Honda skręciliśmy w prawo w równie mało krętą, jednak znacznie ładniejsza widokowo drogę. Pewnie was nie zaskoczę, jeśli powiem, że dookoła były piękne zielone wzgórza. Taką drogą jechaliśmy kolejnych parę kilometrów, po czym skręciliśmy już bezpośrednio w stronę Bogoty, od której oddzielały nas niewysokie góry. Droga była bardzo dobrej jakości i fantastycznie kręta. Jechało nam się na tyle dobrze, że opony w zakrętach nam się pozamykały. Widać droga była popularna wśród okolicznych motocyklistów, bo mijaliśmy ich sporo i to nawet na motocyklach większych niż 250 cm3, co jest w Kolumbii rzadkością. W końcu dojechaliśmy do serpentyny, która jako jedyny znany mi zakręt w Kolumbii jest nazwana i to nie byle jak, bo zakrętem aniołów 🙂 Znajdowaliśmy się na wysokości około 1000 m npm i mieliśmy bardzo ładną panoramę na okolicę. Muszę przyznać, że po takich widokach, jakie mieliśmy przez cały wyjazd, ten już nie zrobił na nas większego wrażenia. Droga dalej wiła się w podobny sposób, dając nam możliwość cieszenia się jazdą. Na obiad zjechaliśmy do całkiem sporego miasteczka i tu spotkało nas pewne zaskoczenie, bo do polecanej restauracji, którą wytypowałem na obiad, stała około 50-osobowa kolejka na zewnątrz. Zrezygnowaliśmy więc z tego pomysłu. Na szczęście nieopodal było kilka kolejnych restauracji, więc żadnego problemu ze smacznym jedzeniem nie było. W drugiej części dnia niestety zbliżyliśmy się mocno do Bogoty, więc ruch zdecydowanie wzrósł, a my zwyczajnie musieliśmy już tylko dojechać do hotelu. Było trochę korków, ale po dwóch tygodniach wspólnego jeżdżenia grupa sprawnie przedostała się na drugą stronę. Do hotelu dojechaliśmy dość wcześnie, więc mieliśmy czas na odpoczynek, zdanie motocykli i wybranie się na kolację do miasteczka. Kontynuowaliśmy już tradycyjnym sposobem wspólną biesiadą w hotelu. Jutro czeka nas transfer do Bogoty i zwiedzanie tego olbrzymiego miasta.

 

Dzień trzynasty i czternasty – zwiedzamy zabytkowe serce Bogoty oraz Muzeum Złota

Transfer mieliśmy dopiero o 10:00, więc poranek zaczęliśmy leniwie. Wylegiwanie się w łóżku, kawa na tarasie i cieszenie się słońcem – na tym nam minął. Dopiero później przez chwilę bywało nerwowo, kiedy okazało się, że po spakowaniu ciuchów motocyklowych, walizki przestały się domykać. Po śniadaniu pożegnaliśmy się z naszym dzielnym kierowcą samochodu, który spisywał się świetnie i na pewno będę chciał kontynuować naszą współpracę podczas kolejnych podróży. O 10:00 zapakowaliśmy się do busa i pojechaliśmy w stronę Bogoty do hotelu, który wynajęliśmy sobie na tę dodatkową noc. Pierwotny plan trasy motocyklowej w zakładał wylot dzisiaj, jednak po przejrzeniu oferty biletów okazało się, że przesunięcie wylotu o jeden dzień pozwoli nam zaoszczędzić nawet 1000 zł na biletach lotniczych. W tej sytuacji nikt nie miał wątpliwości, że warto zostać w Kolumbii jeden dodatkowy dzień. Bogota jest ogromnym miastem z ponad 7 milionami mieszkańców (oficjalnie, bo Kolumbijczycy mówią o 10 milionach) i czego można było się spodziewać — zatłoczonym, hałaśliwym i śmierdzącym spalinami. Dojazd ostatnich 25 km do hotelu zajął nam ponad godzinę. Po zameldowaniu niemal od razu wybraliśmy się na spacer, by kolejką wjechać na Monserrate — wzniesienie górujące nad miastem z kościołem na szczycie. Na górę można się dostać kolejką linową i szynową. Niestety ta pierwsza była akurat naprawiana, więc musieliśmy jechać szynową, której trasa w połowie biegnie w tunelu. Z tej linowej byłyby dużo lepsze widoki. Na górze można było na własne oczy przekonać się, jak ogromne jest to miasto. Nieco też zgłodnieliśmy, więc wybraliśmy się do jednej z restauracji. Następnie do drugiej, bo pierwsza była na tyle ekskluzywna, że nie wpuściła nas w krótkich spodenkach 😉 Zjedliśmy pyszne jedzenie, choć niestety musieliśmy na nie czekać chyba z półtorej godziny. Dalszą część dnia spędziliśmy na spacerach i zwiedzaniu La Candelaria, czyli zabytkowego serca Bogoty. Tętniące życiem ulice, liczni artyści sprzedający rękodzieła, grająca zewsząd muzyka, sklepy niemal ze wszystkim. Dużo się działo. Wieczorna kolacja nie była jeszcze pożegnalna, bo wylot następnego dnia był dopiero po 16. Rano był więc jeszcze czas na odwiedzenie Muzeum Złota, które przez ponad 80 lat działalności uzbierało ponad 30 000 eksponatów wykonanych głównie ze złota, ale też pojedyncze egzemplarze z innych metali i surowców. Taka ilość świecidełek i kunszt, z jakim zostały wykonane niektóre eksponaty, zadziwia. A większość z nich powstała w erze prekolumbijskiej, często ponad 1000 lat temu… Muzeum zdecydowanie jest warte odwiedzenia. Dalsza historia już nie jest ciekawa, bo wymeldowanie z hotelu i transfer na lotnisko wiązał się z nieuchronnie zbliżającym się wyjazdem i procedurami związanymi z podróżą samolotem. Jeszcze tylko dodatkowa kontrola bagażu w związku z przewożoną witaminą C w proszku wzbudziła dodatkowe emocje, ale na szczęście wszystkim udało się wrócić do Polski bez przeszkód 😉